Where there is a will, there is a way

Aperol spritz, pewien wulkan i włoski kiełczowski

Przez ostatnie dni wydarzyło się tyle różnych rzeczy, że strach normalnie coś pominąć…

Allora, spróbujmy. Wychodząc na balkon i patrząc na cudnie turkusowe Morze Tyrreńskie (po prawej),  stare mury Tropei (na wprost) i zielone wzgórza Kalabrii (po lewej dla odmiany) mam poczucie, że ile bym nie patrzył, to do domu zabiorę i tak tylko cząstkę, która zmieści się pod czaszką na wydzielonej partycji. Reszty muszą dokonać zdjęcia, filmy tudzież inne sprytne sposoby utrwalania rzeczywistości (np. etykietki od skonsumowanych spirytualiów)… Z trudem odganiam tę myśl posępną i zwracam się w kierunku naszych dzieciaków. Siedzimy teraz z Polą, Kacperkiem i Konradem i gadamy o prowadzeniu bloga i zdobyciu miliona lajków. Nie mamy na razie pomysłu jak to zrobić, zatem udajemy się zgodnie spać. 

To teraz napiszmy o naszej rozkosznej urlopowej włoskiej rzeczywistości. Jest ciepło, a nawet gorąco. Mamy rozkoszne śniadania, które skłaniają do jedzenia odrobinę więcej, niż by się chciało. Ale ich różnorodność powoduje, że trudno się im oprzeć…

Na basenie ani żywej duszy. Tak jakbyśmy byli tu sami. Z basenu widok na Morze Tyrreńskie i Tropeę. Niewiele  można w sumie dodać. Ok, można. Chwilo, trwaj. Nic więcej. 

Poniżej kilka fotek…

Widok z naszego balkonu na atramentowe Morze Tyrreńskie.

Bardzo lubię we Włoszech pokrzepiać się drinkiem Aperol Spritz, stąd znalazł się w tytule posta. Polecam na upały, świetnie gasi pragnienie, jest rześki i generalnie wspomaga elokwencję. Jeśli by się zastanowić co jest we Włoszech lepsze od spritza, to pewnie mogłyby to być 2 spritze, a 3 to już idealnie koją mękę istnienia 🙂

Opowiem dziś trochę o naszej wyprawie na wulkan Stromboli, który jak się okazało całkiem niedawno, wcale nie jest bezzębnym niedźwiedziem, tylko potrafi dać czadu. I to dosłownie.

Na Stromboli płynęliśmy z Tropei 2 godziny. Ok 59km, czyli nie tak mało. Kiedy zeszliśmy z łajby, oczom naszym ukazała się plaża z czarnym, wulkanicznym piaskiem i wąskie dróżki Stromboli, po których jeździ się głównie meleksami, tuk-tukami, rowerami i hulajnogami elektrycznymi. Jednym słowem, wszystkim, oprócz samochodów. Mieszka tam ok 600 osób i żyją głównie z wulkanu, który jest turystyczną siłą napędową, ale i (jak się niedawno okazało), może być również zagrożeniem.

Pojazdy wykorzystywane na Stromboli w celach wszelakich. A poniżej plaża. Jeśli w piekle są plaże, to chyba tak mogłyby wyglądać 🙂

Poza nieco diabelskimi plażami, Stromboli ma swój niepowtarzalny klimat i zupełnie nie wiem dlaczego, ale podobało mi się tam. Nawet chcieliśmy z Mancikiem wrócić tam kiedyś na trekking (organizują wyprawy na wulkan), ale po ostatniej erupcji, w której zginął turysta, jakoś mi już mniej pilno do powrotu tam…

Poniżej widoczek ze Stromboli, no i oczywiście słynny wulkan.

Łódki ustawiają się pod wulkanem, a ten, jak na zamówienie zieje ogniem. Szczerze, myślałem na początku, że to lipa. Że jakieś lampki pomontowali i głośnik, bo jakoś trudno było mi uwierzyć, że tak sobie bucha jak na zawołanie. No, ale jak się okazało i wtedy i potem, bucha naprawdę.

Do Kalabrii wybraliśmy się w tym roku z zaprzyjaźnioną rodzinką, czyli Wujem Mancikiem, Ciocią Wiśnią i ich synami, Kacprem i Konradem. Muszę o tym wspomnieć w kontekście dalszej części tytułu posta. Rodzina owa pochodzi z Kiełczowa (brawo ja, rymy na zawołanie:)). Tu dodam, że tytuły Wuj i Ciotka są li tylko grzecznościowe.

Ciotka Wiśnia ujęła nas wszystkich swoimi spontanicznymi próbami zagajania w pięknej mowie Dantego, a chyba jeszcze bardziej drobnymi modyfikacjami lingwistycznymi, które się jej jakoś równie spontanicznie przydarzały. Trzeba tu jednak dodać, że nie były to mało imponujące próby typu, ekspresso, czy picernia, spotykane od czasu do czasu wśród rodaków. Nie. Ciotuni włoski kiełczowski był zwiewny i pełen finezji, niczym Świtezianka z poematu Wieszcza.

Na przykład cebula, czyli cipolla, była raz ciapollą, a raz nawet ciapolliną (co trochę brzmiało jak pseudonim artystyczny aktorki porno, ale co tam).

Dziękuję, oryginalnie grazie, otrzymało brzmienie: gracja. Trochę szyderczo, zaproponowaliśmy z Wujem, że gracjan byłby lepszy, taka “dziękówa”, ale Ciotka nie wydawała się być pomysłem tak uradowana, jak my.

Parmigiano, czyli znany powszechnie i ceniony ser, zyskał swojsko brzmiącą nazwę: “parmezjano” co wywoływało w nas z Wujem radosny, choć przytłumiony rechot. Żeby Ciotce nie było przykro, dlatego przytłumiony, oczywiście.

No i tak sobie radośnie skonkludowaliśmy, że ta lingwistyczna ekwilibrystyka Ciotki to włoski kiełczowski. Całkiem zgrabnie, zgodzisz się?

Obiecuję, że jak przypomnę sobie jeszcze jakieś językowe wygibasy Cioci Wiśni, to dorzucę:)

A tymczasem, czas zająć się trochę życiem :)))

Ten post ma 3 komentarzy

  1. Mam nadzieję, że słownik włosko-kiełczowski już puchnie od jedynych w swoim rodzaju określeń, splotów… Chętnie coś dołożę 😀

  2. Myślę, myślę… ale jak tu się nie narazić 🙃😁🙃

Dodaj komentarz

Close Menu