Where there is a will, there is a way

Rowerem wzdłuż Odry i Nysy – cz.2

Zatem dzień #2.

Budzimy się, co już samo w sobie jest jakimś drobnym sukcesem i schodzimy na śniadanie. Mieliśmy 3 jedynki, więc nikt nikomu nie chrapał nad uchem 🙂

Śniadanie w Pokusie boskie:)) Jest wszystko czego nam trzeba, a nawet więcej – świeże pieczywko, jajecznica, parówki, wędliny, warzywa i co tylko…

Domawiamy browara, żeby mieć poczucie harmonii absolutnej i walczymy z myślami, czy nie zamówić jeszcze po trzy i zostać tu ze dwa dni. Błogo tu i leniwie. Mam poczucie spokoju. Masz czasem tak, że osiągasz stan harmonii z naturą, widzisz za płotem jednorożca i trzy pijane krasnoludki i wiesz, że wszystko jest dokładnie tak jak powinno być? Jeśli tak, ten blog jest dla Ciebie i na pewno prędzej, czy później los skrzyżuje nasze drogi…

Żegnamy się z przemiłymi gospodarzami Pokusy, robią nam pamiątkową fotkę “na tle” i ruszamy dalej…

Oto my w pełnej okazałości… Od prawej: Jacek, Valdemar i ja.

Wyjeżdżamy z Przewozu i kierujemy się na północ – w stronę Łęknicy i Bad Muskau. Jedzie się bardzo dobrze, pogoda wymarzona, cieplutko. Po drodze leniwie płynąca Nysa, piękne widoki i różne ciekawostki, na przykład kultowy nieomal Robur 🙂

Proszę – wygląda nawet całkiem rześko…

Tak jak wspominałem, malowniczy krajobraz nas nie odstępował…

Jadąc w błogim rozleniwieniu przez krainę naszych sąsiadów, dotarliśmy do miejscowości Bad Muskau i oczom naszym ukazał się nieprawdopodobnie zatłoczony most nad Nysą, prowadzący na polską stronę – do miejscowości Łęknica.

Jadąc przez niemiecką krainę cały czas podziwialiśmy spokój, sielskość i totalne wyludnienie. Kiedy tak rozmyślaliśmy gdzie się wszyscy podziali, teraz ta prawda objawiła się nam, niczym gorejący na pustyni krzak Mojżeszowi. Są w Łęknicy na zakupach!

Oczom naszym ukazała się potęga współpracy gospodarczo handlowej pomiędzy narodami. Dość jednostronna, ale zawsze. Wszystko na sprzedaż i full kupujących braci znad Odry i Nysy. Branż nie zliczę, ale pamiętam oprócz spożywki wszelakiej, papierosy, kwiaty cięte i doniczkowe, gorzałę, benzynę, wyroby skórzane i skóropodobne, plastik lateks, obwarzanki i kajdanki, słowem: WSZYSTKO.

Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Totalny handlowy armageddon. W dodatku będący wdzięcznym  mixem narodowościowym. Niemcy kupują, Ukraińcy produkują i sprzedają, Polacy pewnie też, ale oprócz tego zarabiają. Nad wszystkim unosił się zapach potężnej gotówki wędrującej z rąk do rąk i pewnie w większości w ramach szarej strefy. 

Posiłek spożywaliśmy w miejscu będącym hybrydą jadłodajni i sklepu mięsnego. Byliśmy tam jedynymi Polakami. Chmara (by nie napisać rzesza;) Niemców kupowała tony szynek, polędwic i kiełbas, a druga, równie liczna spożywała szaszłyki, kotlety i kiełbasy serwowane przez mieszankę polsko -ukraińskiej obsługi. Próbowałem sobie wyobrazić jakiego rzędu cash flow generuje ten mięsny geszeft, ale chyba zabrakło mi wyobraźni. Ale wiem jedno: DUŻO. Albo BARDZO DUŻO.

Na Orlenie, byłem jedynym Polakiem kupującym skromny destylat o smaku cytrusów. Pozostali – paliwo i fajki wagonami.

Mogę się założyć, że mnóstwo fortun wyrosło na tych granicznych biznesach. I stawiam dolary przeciwko orzechom, że paragony widuje się tu równie rzadko co wielbłądy. 

Oto próbka przygranicznej handlowej ekstazy. Mamy wszystko czego potrzebujesz, tylko wyciągnij swój zwitek Eurasów. Brrrrrr, nie chciałbym tu wrócić.

Po krótkiej naradzie, stwierdziliśmy, że dla zachowania równowagi psychicznej oddalimy się na stronę zachodnią i zajmiemy się czymś wzniosłym – na przykład zwiedzaniem pałacu w Bad Muskau lub pocieszaniem lokalnych przedsiębiorców germańskich, którzy w obliczu niechybnej plajty rozważają rytualne samobójstwo.

Po sporej dawce handlowego nierządu, nadszedł czas na sycenie oczu pięknymi krajobrazami. Pałac w Bad Muskau ukoił nasze rozchwiane emocje i sprawił (w połączeniu z drobną dawką destylatów), że odzyskaliśmy spokój i świeże spojrzenie na świat. 

Oto i my z Valdemarem. Jacek pstryka fotkę. Na twarze powróciła radość i zaciekawienie co będzie dalej 🙂

Zatem znów jedziemy, rozglądając się na lewo i prawo, a naszym celem na dziś jest Gubin. 

Słońce praży, jedziemy wytrwale, gapimy się przed siebie i muszę powiedzieć, nawet ryzykując, że się powtórzę, że jest bosko. Pogoda, widoki, udzielający się spokój są cały czas z nami.

Droga, my i leniwie przeżuwające owce. Nie muszą odbijać rano karty w korpo i mają wszystko w dupie. Kontemplacja ich szczęścia zajęła nam chwilę, a potem ruszyliśmy dalej….

W drodze, jak to w drodze, krajobrazy, wysiłek kolarza, a jak wysiłek to i izotoniki. Na obrazku rytualne dzielenie się izotonikiem z Jacolem. 

Ten post ma 4 komentarzy

  1. Fajnie się czyta… go… go… go… czekam na więcej, zwlaszcza komentarzy i przemysleń pobocznych a jednak w punkt 😉 idź na całość 🙂 zanurz sie w pisaniu 😉

  2. Ja widzę 3 pijane krasnoludki, to chyba dobrze? 😂😂😂

Dodaj komentarz

Close Menu